MOJE PODRÓŻE PO SARDYNII

Od 7 lat włóczę się po wyspie, ale nigdy nie było czasu na porządne relacje z moich podróży. Jednak na pozytywne zmiany nigdy nie jest za późno, oto 2 pierwsze relacje z ostanich wypraw na wyspę- 5 dniowy wypad w marcu 2018 oraz  tygodniowa włóczęga po południowym zachodzie i zachodzie w styczniu 2018, może  z czasem uda mi się odtworzyć inne z sardyńskich podróży...


5 DNI W  MARCU – PRZEZ GÓRY DO MORZA MIĘDZY MENHIRAMI, ZAMCZYSKAMI, POD WODOSPADEM, KAWAŁEK NA KONIU.

DZIEŃ PIERWSZY – w deszczu do Baunei
Sniadanie U Mileny
Tym razem Sardynia przywitała nas i pożegnała deszczem. Na szczęście pomiędzy było lepiej. Opóźniony popołudniowy przylot do Cagliari ryanairem z Krakowa, odbiór auta z zaprzyjaźnionej już od 2 lat lokalnej wypożyczalni i ruszamy w ulewnym deszczy wzdłuż wschodniego wybrzeża do Brunei. To przyklejone do skalnych ścian gór Gennargentu urocze małe miasteczko. Z powodu deszczu nici po drodze z punktów widokowych, min Czerwonych Skał w Arbatax oraz prześlicznego grobu gigantów Osono pod Baunei. Już w ciemnościach dojechaliśmy do B&B U Mileny w centrum miasteczka, gdzie wita nas kochana, sympatyczna mama Mileny, która jest Chorwatką. Oprowadzając nas po swoim domu opowiada o swoim życiu, o wojnie, która zniszczyła jej kraj i o swoim życiu na Sardynii. Kładziemy się spać pełni obaw o plany na jutro – mamy wędrować górami do ślicznej plaży Cala Goloritze’, ale jeśli będzie padać?

widok z tarasu w B&B U Mileny w Baunei


DZIEŃ DRUGI – pod psią eskortą przez skały i groty na cudowną plażę Cala Goloritze’

mapa szlaku na cala goloritze'
Budzi nas słońce! Od razu człowiekowi chce się wyskoczyć z łóżka, zjeść śniadanie na tarasie ze wspaniałym widokiem na góry i morze, złapać plecak i ruszać na szlak. Jedziemy z Baunei na płaskowyż Golgo, z którego wychodzi szlak na cala Golorotze'. zaraz po wjechaniu na płaskowyż za autem zaczynają biec 2 kundelki, radośnie szczekając na powitanie - tak brzydkie, że aż piękne...Żartujemy sobie, że to najlepsi lokalni przewodnicy i poprowadzą nas na Cala Goloritze’ i ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu TAK WŁAŚNIE JEST! Sympatyczne pieski biegną przed nami całą drogę, wybiegają do przodu, odwracają się sprawdzając czy idziemy za nimi, niesamowici przewodnicy... Szlak jest piękny – kreta górska ścieżka wśród ogromnych skał, polany z bardzo starymi, powykręcanymi dębami i oliwami, groty i wbudowane w nie pasterskie szałasy z gałęzi, stadka górskich kozic spokojnie pasące się w zaroślach zaraz obok szlaku.
Pod koniec między skalnymi masywami pobłyskuje szmaragdowe morze. 
skalny drogowskaz na Cala Goloritze'






Tylko w jednym miejscu szlak nie jest zbyt jasny, jest rozwidlenie dróg i zadnego oznaczenia, ale tutaj widać juz ostrą wysoką kałe a za nia morze - tzreba sie na nia kierować. 











Samo zejście na słynna plażę ze skalnym łukiem to bardzo strome i kręte schodki z poręczą, ostro w dół. 







Plaża jest oczywiście pusta, wieje silny wiatr, morze przykrywa raz po raz biała pianą ogromne skalne bloki rozrzucone kapryśnymi siłami natury u brzegu morza pod wysokimi ścianami klifu. To naprawdę fantastyczna, spektakularna plaża a jeszcze piękniejsze  jest to, że  jesteśmy na niej całkowicie sami – tylko my dwoje i naszych 2 psich przewodników, którzy dostają w nagrodę połowę naszych kanapek, ale byliby stanie zjeść wszystkie. W drodze powrotnej trochę nam szkoda tych krótkich, krzywych łapek na tych wielkich ostrych skałach i niesiemy pieski na rękach i w kapturze bluzy. Po powrocie do auta nie chcą się rozstać z nami i naszymi zapasami jedzenia ;)

Cala Goloritze', niestety bez słoneczka

kościołek San Pietro na płaskowyżu Golgo































Przed opuszczeniem płaskowyżu odwiedzamy jeszcze ,  niestety znowu w deszczu, śliczny kościółek san Pietro, przy którym zwykle można spotkać bardzo oswojone wesołe osiołki, ale chyba uciekły gdzieś przed deszczem. Za to w otaczających kościółek zadaszonych, bardzo starych komórkach, tzw is istaulus, które służyły pielgrzymom przybywającym tu na religijne festy za schronienie, jest bardzo wesoło. Grupa robotników kładących na płaskowyżu nowa sieć elektryczną, rozpaliła ogień w kominku w jednym z tych przykościelnych pomieszczeń, ugotowali sobie na nim obiad, teraz zapraszają nas, żeby usiąść z nimi przy ogniu i pogadać, czekając aż ustanie deszcz. Robotnicy błyskawicznie pzreskakuja z dialektu, którym rozmawiali gdy weszliśmy, na włoski,  otwierają się, opowiadają o swoim życiu, jeden  robotników jest zakochany w pewnej Polce, opowiada o niej z wypiekami na twarzy. Pytają nas zaciekawieni o nasza podróż i nasz kraj.  Właśnie te chwile lubię najbardziej – nie można ich zaplanować...
Płaskowyż Golgo ma wiele ciekawych stanowisk archeologicznych, resztki nurag, w grotach znaleziono ślady Ludu Szerden– wielokrotnie wspominany w inskrypcjach egipskich, starożytny lud nieznanego pochodzenia. W okresie wielkich ruchów migracyjnych zaliczany do tzw. Ludów Morza (przełom XIII i XII wieku p.n.e.), a współcześnie przez niektórych badaczy utożsamiany z Sardami, pierwotnymi mieszkańcami Sardynii.  Przypłynęli z Mezopotamii ok.2000 l przed n.e. i przywieźli tu technikę obróbki brązu. Na pewno jeszcze tu wrócę. Tego dnia nocujemy w dolinie Valle di Lanaitto koło Oliena. Gości nas wspaniały człowiek – gospodarz Pasquale, oddaje nam do dyspozycji swoją hacjendę wysoko w dolinie, wprawdzie bez prądu o ogrzewania ( bo akurat zakłada w niej panele słoneczne i wszystko w  trakcie prac...), ale kiedy rano wychodzimy przy śpiewie ptaków na zewnątrz, oniemiejemy z zachwytu nad widokiem, ciszą, spokojem miejsca. Tutaj naprawdę można uciec od cywilizacji.


DZIEŃ TRZECI – w śniegu do samego centrum wyspy
Na ten dzień zaplanowałam wizytę w bardzo zagadkowym miejscu, które  leży dokładnie w samym centrum Sardynii, co do kilometra – gdybyście przecięli wyspę równo na pół od góry na dół i w poprzek, dokładnie na przecięciu 2 linii leży Sorgono, a w nim menhiry starsze od tych w Stonehenge o 1000 lat! Żeby dotknąć skał, ustaionych tutaj przez ludzi kilka tysięcy lat temu, przełazimy po drewnianej drabince, chyba specjlanie tu po to ustawionej, przez ogrodzenie. Menhirów jest ok. 200, a było dużo więcej, co najmniej kilkaset, istniało tu ogromne obserwatorium atrologiczne oraz sanktuarium. Miejsce jest magiczne i bardzo tajemnicze. Dumnie stojące menhiry, ustawione równo w astronomicznie zorientowanych rzędach, w kręgach, w parach, samotnie lub przewrócone – w sumie jak ludzie... Spacerować po wielkim wzgórzu można godzinami, znajdzie się w jego najwyższym punkcie i nuraga, czyli kamienna wieża z ogromnych skalnych bloków – pozostałość prehistorycznej cywilizacji nuragicznej.


 Po bardzo duchowym spotkaniu z prehistorycznymi menhirami jedziemy w stronę Seulo – to rejon słynący z wodospadów, źródeł i naturalnych basenów skalnych stworzonych przez naturę, tzw piscine naturali. Jedziemy do nich w śniegu, dookoła ośnieżone góry, na poboczach drogi leżą zwały śniegu – czujemy się jak w Polsce... Zatrzymujemy się w maleńkich miasteczkach i wioskach rejonu Barbagia na kawę, herbatę i pogaduchy z miejscowymi - wszyscy dookoła mówią, że  jeszcze nigdy nie było takiego marca, ze powinno być 20 stopni i pełne słońce. No, w sumie lepszy śnieg niż deszcz! Wśród wirujących płatków śniegu szukamy pierwszego wodospadu – Sa Stiddiosa. Niestety szlak jest beznadziejnie oznaczony już od samego początku i tracimy 2 godziny na bezowocne poszukiwania. Obiecuje my sobie tu wrócić lepiej przygotowani mapowo i ruszamy dalej do wodospadu Su Stamou e Su Turrunu, który udaje się znaleźć o wiele łatwiej.

Jest wspaniały – wyobraźcie sobie wysoka skalna ścianę zaokrągloną o góry, w niej ogromne skalne „usta”, a z nich wylewająca się z wielką mocą rzeka tworząca na dole naturalny wielki basen. Latem ludzie kapią się tutaj i ja także wpisuję to doświadczenie na moja „ słynną sardyńską listę”. Tego wieczoru wracamy na nocleg w to samo miejsce – do ukrytej wysoko w górach pustelni gospodarza Pasquale, gdzie jest tak cicho, że można usłyszeć jak głośno jest we własnej głowie...
pustelnia w Dolinie Llanaitto - nasze miesjce noclegowe



Krzyś wącha domowe przetwory Pasquale




















Pasquale zaprosił nas do swojej kulinarnej piwniczki w Oliena na starym mieście, dojrzewają tam robione przez niego sery, wędliny, oliwa z oliwek i domowe wino. Dostaliśmy na drogę wielki ser, 5 litrowy baniak wina i butelkę miesjcowej oliwy. Musicie wiedzieć, że Oliena lezy w strefie Blue Zone - jednej z tylko 5 na świecie - to obszary, gdzie ludzie żyja najdłużej, najzdrowieij i najszczęśliwiej.











DZIEŃ CZWARTY – w słońcu nad klifami do przepięknej Cala Luna i relaks po trekkingu w dzikich termach

Tego ranka znowu wita nas ostre słońce, żegnamy tym razem na dłużej ( bo na pewno kiedyś tu wrócimy by powędrować do prehistorycznej wioski Tiscali ukrytej w wydrążonym kraterze) dolinę Lanaitto w wśród pięknie podświetlonych przez słońce białych skał masywu Supramonte jedziemy do nadmorskiego miasteczka Cala Gonone.



Byliśmy już tutaj by popływać kajakiem po Zatoce Orosei. Tym razem wyruszymy z miasteczka szlakiem trekkingowym w stronę jednej z najsłynniejszych sardyńskich plaż – Cala Luna. To jedno z tych bajkowych miejsc, gdzie na szczęście nie da się dojechać autem i na szczęście nie da się zbudować przy niej kurortu, hotelu. Pozostaje dla tych, którzy podpłyną tutaj latem statkiem turystycznym, motorówka czy kajakiem, a przez cały rok właściwie dla tych, którzy kochają góry. Taka „morska niespodzianka dla pasjonatów gór”. Na niespodziankę trzeba zasłużyć, dzielnie maszerując po skałach i śliskich głazach ok. 2-2,5 godziny, ale zdecydowanie WARTO!
ja i Agatka
 Na szlaku jest nas troje – rano dołączyła do nas nasza rodaczka Agata. Przypłynęła nad ranem promem na Sardynię z Livorno do Olbii i natychmiast po zjechaniu z promu przejechała pół Sardynii, żeby zdążyć wyruszyć z nami na szlak. Agata to pełna optymizmu i otwarta na świat dziewczyna, od niedawna próbuje samodzielni e stworzyć swój mały świat właśnie na Sardynii, to zaszczyt dla mnie maszerować szlakiem obok niej J 




trasa trekkingu

Szlak na Cala Luna najpierw prowadzi w dół do ślicznej małej plaży zamkniętej skałami – Cala Fuili, potem wspina się ostro w gore na szczyty okalających zatokę Orosei wysokich gór, potem nie może się zdecydować – iść w górę czy w dół, ale po drodze na osłodę podaje spektakularne widoki. Świeci słońce, kwitna kwaity - tu wiosna już na całego. Jeśli macie cały dzień, możecie p;o drodze zboczyc do groty Bue Marino i ziwdzić ja za ok. 10 euro. Na szlaku jest drogowskaz do niej.


Cala Fuili
za nami w dole Cala Luna - to juz prawie koniec wędrówki,
tzreba jeszcze przejść przez pastwiska i rzekę


Na koniec szlak na Cala Luna biegnie przy ciekawych grotach, schodzi do dość rozległej doliny ( pradolina rzeki, która kiedyś wyrwała w tym miejscu wyrwę w górskich zboczach uchodząc do morza  i tworząc tę fantastyczną plażę), już blisko przed plażą przechodzimy przez pastwiska pełne krów i owiec, przedzieramy się przez oleandrową dżunglę, szlak gdzieś zniknął, kierujemy się szumem morza. Na koniec musimy przebrnąć przez rzekę , głębokość prawie do połowy uda i na sam koniec czeka Ona – świeci słońce, błękitny kryształowy szmaragd leniwie liże jasny drobny piasek, z obu stron i z tyłu wielką plaże zamykają majestatyczne skały, na północnym krańcu kryją się w nich ogromne groty. Oczywiście i tutaj jesteśmy sami, poraża nas piękno tego miejsca i znowu czuję  JAK JA CHOLERNIE KOCHAM TĘ WYSPĘ...


tutaj filmik ze szlaku na Cala Luna - TREKKING CALA LUNA 




Trekking powrotny jest dość meczący, gubimy raz drogę, ale szybko wracamy na dobrą ścieżkę, sciskamy mocno Agate, która rusza do Olbii, a  sami gnamy mniej więcej w  poprzek Sardynii na jej drugi zachodni brzeg do Oristano. Tutaj mamy dziś  kolejny darmowy nocleg, tym razem z couchsurfingu. Po drodze leży niemal przy drodze małe miasteczko Fordongianus, które dobrze znamy. Nie musimy długo dyskutować nad decyzja, gdy tylko widzimy drogowskaz z nazwą , zjeżdżamy natychmiast, bo zasłużyliśmy na relaks po trudach górskiej wędrówki. W Fordongianus leżą ruiny największego na Sardynii rzymskiego miasta w głębi lądu. Gdy Rzymianie opanowywali wyspę, najdłużej opierała się schowana w sercu wyspy Barbagia a miasto Forum Traiani miało odpierać ataki z tamtej strony o powoli opanowywać tamte tereny. Zajęło im to ponad 20 lat. Rzymianie zbudowali tutaj bardzo nowoczesne jak na tamte czasy uzdrowisko przy geotermalnych źródłach. Do dziś stoją jego ruiny, wśród nich kamienne baseny, z których miejscowi nabierają do baniaków gorącej wody i kapią się w niej w domu, mówią, ze jest bardzo zdrowa na skórę i stawy. Zaraz obok antycznych ruin nad brzegiem rzeki kilka gorących źródeł uchodzi wprost do rzeki, mieszając się z  jej wodami, ludzie poukładali tutaj kamienie tworząc w płytkiej wodzie naturalne termalne wanny. Mimo chłodnego wiatru wskakujemy w kostiumy kąpielowe i zażywamy wspaniałej kąpieli.
Tego wieczoru wpadamy jeszcze na szybka kolację do restauracji L’Oasi w Oristano, w nadmorskiej dzielnicy Torregrande, gdzie zaraz przy plaży mamy nasz nocleg. Serwują nam smażone rybki i owoce morza – wiedziałam, że Oristano słynie z dobrej kuchni morskiej, ale teraz już wiem, że tak naprawdę nie wiedziałam jak dobrej! Tak świeżych, krychych i pysznych frutti di mare jeszcze w  życiu nie jadłam, a małe rybki przytulone do nich na talerzu nazywają się mangiatutto, co znaczy zjedz wszystko i grzechem byłoby tego nie zrobić... To był niesamowity, długi i wspaniały dzień, zasypiamy bardzo zadowoleni i pozytywnie zmęczeni w wielkim mieszkaniu z widokiem na morze, w którym ugościła nas przemiła Bruna – kolejny gościnny Sardyńczyk spotkany na naszej drodze.


DZIEŃ PIĄTY – patataj przez sardyński kraj...

łąka na plaży Torregrande
Rankiem, znowu słonecznym, wypijamy kawę z naszą gospodynią Bruną, potem spacerujemy z nią po plaży Spiaggia di Torregrande, pokrytej kwitnącą łąką. Bruna przeżyła większość życia za granicą, min w Ameryce Łacińskiej i w Niemczech, teraz wróciła by opiekować się na starość mamą. Ma bardziej obiektywne spojrzenie na swoją wyspę, opowiada bardzo ciekawe rzeczy np. o słynnej Sartiglia – to bardzo znane lokalne, niesamowicie barwne święto. Co roku w styczniu do Oristano zjeżdżają tysiące ludzi, by je zobaczyć, ale nie wiele wiemy o tym, co przygotowania do niego oznaczają dla miejscowych i jak tak wielka impreza wpływa na dość małe miasto. Bruna opowiada tak ciekawe rzeczy na ten temat, ze muszę wrócić jesienią do Oristano i nakręcić odcinek vloga o przygotowaniach do imprezy i o tym, jak życie wielu ludzi jestkompletnie mu podporządkowane. Nie chce mi się rozstawać z Bruną, wspaniale się z nią rozmawia, gdyby nie to, że godzinę drogi stąd przebierają już kopytami piękne rumaki w oczekiwaniu na nas, zostałabym tu dłużej. Jedziemy więc na południe na wielki, dziki płaskowyż Giara di Gesturi. Jeśli kiedyś tam pojedziecie, jeździe koniecznie najpierw do miasteczka Gesturi i dopiero z niego za drogowskazami prowadzącymi na Giara. My tak nie zrobiliśmy i złośliwy GPS powiódł nas przez straszne bezdroża, zawiódł na całkiem inny płaskowyż, gdzie na sodoku drogi nagle stanęły nam 2 ogromne byki, więc wycofaliśmy się powolutku. W rezultacie dojechaliśmy godzinę później, nasz  przyjaciel Gianni, opiekun koni na płaskowyżu na szczęście czekał na nas cierpliwie. Wskoczyliśmy na jego oswojone konie i ruszyliśmy wąskimi ścieżkami w gęste korkowe gaje.

Gianni - ekspert od płaskowyzu Giara di Gesturi
Brodziliśmy przez stawy i jeziorka, spotkaliśmy kilka stad dzikich koni – cavallini di giara, przywódca jednego z nich dość groźnie wyszedł nam naprzeciw, po czym długo szedł z nami, a Gianni świetnie znający zwyczaje koników, tłumaczył nam, że to czas zalotów i konik chciałby poderwać jedną z naszych klaczy. Na płaskowyżu panuje szczególny klimat, od tysięcy lat przyroda jest tu nietknięta rękoma człowieka, a w stawach żyje nawet jakiś malutki organizm, który w niezmienionej postaci istnieje tu od 8 milionów lat! Chciałabym wrócić kiedyś na Giara di gesturi na 2 dni i przenocować na parkingu ( tam wolno) pod namiotem. Cisza w nocy i gwiazdy nad głową na pewno mają tu szczególny smak...
Po jeździe konnej ruszamy dalej na południe, zostawiamy za sobą ostatnie widoczki sardyńskich gór i jedziemy przez bardzo rozległe i niemal płaskie tereny równiny Campidano. Po godzince jazdy na horyzoncie pojawia się ostra, wysoka góra z ruinami zamczyska na szczycie. To zamek Castello di Acquafredda, którego budowniczy pojawia się w Boskiej Komedii Dantego. Kupujemy bilet za 4 euro i spacerujemy pod górkę na sam szczyt góry .

Castello di Acquafredda w Siliqua
Zamczysko robi wrażenie, było kiedyś ogromne, świetnie zarządzane, wyposażone we wszystko, co trzeba by przetrwać długie oblężenie. Z góry wspaniałe widoki na równinę. Z zamku jedziemy do Cagliari – stolicy Sardynii, gdzie w nadmorskiej dzielnicy Poetto czeka na nas z kolacją nasza przyjaciółka Patrizia i jej słodka 2 letnia córeczka. Krzyś spędza wieczór na zabawie z sardyńską dziewczynką i okazuje się, że niepotrzebny do tego język włoski, poznaje nawet nowe słowo - „aiuto”.
Następnego ranka, w ulewnym deszczy jedziemy na lotnisko i wracamy do Polski. Ściskam w reku kupiona na lotnisku książkę – „ 101 storie Sulla Sardegna che non ti hanno raccontato” , czyli 101 opowieści o Sardynii, których nigdy nie słyszałeś. W środku super wciągające historie, legendy i ciekawostki o wielu miejscach, w  których byłam i wielu, w  których dopiero będę. Ach, ile jeszcze takich wizyt przede mną...

5 dniowy wypad w marcu na Sardynie 


==============================================================

23-30.01.2018 

STYCZNIOWY TYDZIEŃ NA SARDYNII -W KRAJU KWITNĄCYCH MIGDAŁÓW

tu film na You Tube z fragmentami tej podróży :

"Szmaragd, koń i mandarynki"



w styczniu na Sardynii jest już wiosna
 i kwitną drzewa migdałowe
Postanowiliśmy spędzić styczniowy tydzień na Sardynii i odwiedzić kilka nieznanych nam jeszcze miejsc głownie na południowym zachodzie, zachodzie oraz w głębi wyspy, obejrzeć sardyński karnawał, wspiąć się na wystającą z morza skałę Pan di Zucchero, wykąpać w dzikich termach ... Przejechaliśmy 1100 km w tydzień. Plan w dużej mierze się udał, poniżej relacja dzień po dniu:

to mniej więcej trasa, jakaązrobiliśmy

























DZIEŃ 1 – lądowanie, rybackie barki, uczta u kapitana Roberta, dzikie szparagi i gościna u Reni


Przylecieliśmy do Cagliari po południu, odebraliśmy auto z wypożyczalni i ruszyliśmy wzdłuż południowego wybrzeża na zachód w stronę Teulady, gdzie czekał na nas nocleg u przyjaciół . Po drodze zatrzymaliśmy się na plaży Nora w Pula. Stoi tam kościółek Sant Efisio, spod którego 1 maja od 361 lat rusza największa w Europie procesja religijno-folklorystyczna oraz ruiny fenickiego miasta. Nie udało nam się już wejść na teren tych wykopalisk antycznych, ale podkradliśmy się do nich od tyłu, odkrywając przy okazji super klimatyczną zatoczkę z rybackimi barkami.
rybacka zatoczka na tyłach wykopalisk Nora w Pula





































Chcieliśmy bardzo odwiedzić słynna plażę Tueredda, ale dojechaliśmy do niej już po zachodzie słońca, cóż, w ciemnościach ślicznie szumiało morze, a wyobraźnia podpowiadała śliczne widoczki znane ze zdjęć tej plaży ;) Słońce o tej porze roku na Sardynii zachodzi ok. 17.30-18, co mocno skraca czas aktywnego zwiedzania i fotorafowania. Najlepsze było jednak przed nami – wspaniała rybna kolacja i gościna u naszej rodaczki Renaty i przemiłego kapitana żaglowca Roberto. Wspaniały i bardzo wesoły wieczór, super pyszne surowe krewetki, smażone kalamary (uwielbiam je! ), makaron z pysznym sosem, i niespodzianka szczególna – nazbierane własnoręcznie przez Renatę asparagi , czyli dzikie szparagi, przyrządzone z masełkiem i sola, pycha... i jeszcze sardyńskie migdały rozbijane w niesamowitym  dziadku do orzechów zbudowanym przez kapitana i noże, które sam wyrabia z rękojeściami z rogów zwierząt, i meble budowane przez niego z czego się da, dobre wino, opowieści o żaglowcach, morzu i o miłości, wielkie dzięki Reniu i Roberto!!!


DZIEŃ 2 – gaj pomarańczowy, laguna w końskim siodle, największa sardyńska wyspa i promem na koniec świata

Rozpoczęliśmy go wizyta w magicznym miejscu – stare sardyńskie gospodarstwo otoczone gajem pomarańczowym, z  którego Renia i Roberto tworzą swój wymarzony pensjonat. Już niedługo będzie gotów i jeśli szukacie na wakacje klimatycznego lokum z super rodzinna atmosfera i opiekuńczymi gospodarzami, oraz żaglowcem z załoga do Waszej dyspozycji, to ruszajcie właśnie tam! Przy okazji wzięliśmy udział w zbiorach pomarańczy i mandarynek prosto z drzew ( w styczniu na Sardynii dojrzewają cytrusy)



Potem ruszyliśmy w kierunku Porto Pino. W pobliżu miasteczka byliśmy umówieni w stadninie koni, przemiły Manolo na naszych oczach zdjął podkowy jednemu z rumaków, opowiadając o swoim życiu i pasji do koni, po czym ruszyliśmy na 2 godzinną przejażdżkę po okolicy. W tym rejonie nad brzegiem morza naprzeciw wyspy Sant’Antioco ciągną się stawy solankowe i laguny, wspaniałe tereny na konne wypady. 

Manolo zdejmuje podkowy


























































Następny etap podróży to wyspa Sant Antioco, to największa wyspa u brzegów Sardynii i wjeżdża się na nią długim na 5  km mostem-groblą. Na wyspie obejrzeliśmy plaże Coaquaddus, pokrytą wyrzuconymi przez morze meduzami i niesamowity punkt widokowy Nido dei Passeri. Następnie przejechaliśmy na jej północny kraniec do portowego miasteczka Calasetta, by przepłynąć z niego mini promem na koniec świata – na  jeszcze mniejszą wysepkę San Pietro. Calasetta to fantastyczne biało-błękitne miasteczko, eleganckie uliczki, uroczy port – byłam zaskoczona urodą tego miejsca i musze tam jeszcze wrócić...  20 minutowy rejs malutkim promem mieszczącym może z 10 aut i wysiedliśmy w Carloforte. Pół godziny krążyliśmy wąskimi, w większości jednokierunkowymi uliczkami, zanim zrozumieliśmy, że  nasze miejsce noclegowe jest na Starówce. Nie da się tam zaparkować, zostawiliśmy auto na parkingu portowym i w 3 minuty piechotą byliśmy w mieszkaniu, które zaoferowała nam znajoma, która wyjechała na zimę z Sardynii. Czekało na nas z niezamkniętymi na klucz drzwiami – tak gościnni są Sardyńczycy... Zostawiliśmy bagaże, połaziliśmy po prześlicznych uliczkach Carloforte, zjedliśmy pizzę, pan od pizzy poczęstował nas dodatkowo lokalna specjalnością – pizzą z mąki cieciorkowej i opowiedział o historii wyspy. Carloforte okazało się jeszcze śliczniejsze niż Calasetta i tam też muszę wrócić...;)
palmy na ulicy w Calasetta




prom na wysepkę San Pietro

DZIEŃ 3 – powrót na ląd Sardynii, wspinaczka na Kostkę Cukru, degustacja jeżowców i wydmy pod gwiazdami

Rano objechaliśmy niemal dookoła wysepkę – ma tylko 50 km kw, posiedzieliśmy na ślicznej plaży Caletta Genio, potem super panoramiczny klif - Punta delle Colonne. Zatrzymaliśmy się po drodze na cmentarzu – całkiem inny niż nasze. Co  ciekaw - na każdym grobie zdjęcia w 90% uśmiechniętych ludzi, wiele grobów z XVIII i XIX wieku. Następnie spacer po rozświetlonym słońcem portowym bulwarze. Carloforte to niezwykle eleganckie i pełne klasy miasteczko, założone przez Genueńczyków, całkiem inne klimaty od typowych sardyńskich miasteczek. 
plaża na Isola San Pietro






Punta delle Colonne na San Pietro

cmentarz na San Pietro


eleganckie miasto Carloforte
podpływamy do Pan di Zucchero - morze jeszzce dość spokojn

Promem wróciliśmy na ląd Sardynii, do Portoscuso, gdzie w porcie czekał na nas sympatyczny Roberto z motorówką, ale to nie kapiran Roberto z Teulada, tylko inny Roberto - z Portoscuso.  Zgodził się, mimo niespokojnego morza i bardzo nie sezonowego okresu, podwieźć nas pod Pan di Zucchero. To największa w Europie i druga na świecie faraglione – czyli wystająca z morza skała-kolumna. Ma wysokość 133 m n. p. m. i poprowadzono na niej kilka dróg wspinaczkowych, w tym via ferrate, czyli ubezpieczona drogę wspinaczkową. Wskoczyliśmy na motorówkę już w uprzężach i kaskach, bo prosto z motorówki trzeba wejść na ferratę. Udało się, choć nie było łatwo, po 1,5 godzinie Roberto miał po nas wrócić.



ferrata na Pan di Zucchero






























Ferrata na Kostce Cukru, bo to mniej więcej oznacza nazwa skały, nie jest trudna, ale bardzo panoramiczna, na górze skały jest ścieżka, można obejść ja w 10-15 minut , z góry extra widoki na wybrzeże  Sardynii i na stary port załadunkowy kopalni minerałów – Porto Flavia oraz plażę Masua. W sezonie z tej plaży można podpłynąć bardzo szybko do Kostki Cukru. Pod koniec wyznaczonego czasu Roberto zadzwonił i powiedział, że jeśli jak najszybciej nie zejdziemy w dół, to może nam się nie udać wrócić na pokład motorówki, bo morze staje się coraz bardziej wzburzone. Zejście w dół ferrata było więc super szybkie i na granicy bezpieczeństwa, na dole rzeczywiście morze rzucało motorówką jak oszalałe i cudem udało nam się „skokiem na główkę” ze skały trafić na pokład gommone, uff... Jednak to nie koniec emocji – powrót ok. 40  minut po bardzo niespokojnym morzu to była wielka dawka adrenaliny, morski rollercoaster + ryk silnika w duecie z wichrem. Nie da się opisać jak rzucało ta motorówką, nienawidzę karuzel i huśtawek, nie wiem, jakim cudem to przeżyłam... Roberto bardzo chciał pokazać nam w drodze powrotnej coś jeszcze, udało się wpłynąć do morskiej groty Grotta Sardegna, nazwa pochodzi od tego, ze wypływa się z niej przez wielki otwór w kształcie mapy Sardynii.
Tutaj obejrzycie filmik z tej wspinaczki - VLOG ALICJA NA SARDYNII


spacer na dachu Kostki Cukru
 Po powrocie do portu byliśmy strasznie głodni, udało nam się znaleźć bar przy porcie, weszliśmy –
degustujemy jeżowce
stała tam grupka rozbawionych ludzi. Jeden z nich powiedział – jesteście głodni? – aż tak to widać? – odparłam, i tak od słowa do słowa ugotowali nam spaghetti z bottargą i karczochami ( styczeń to sezon na karczochy na Sardynii) , dali do spróbowania płaty bottargi z tuńczyka ( taki „sardyński kawior”) i przynieśli pudło pełne świeżych jeżowców, rozkrajali je dla nas nożyczkami i wyjadaliśmy łyżeczką miękką masę ze środka – mocny morski i słony smak. Podobno działają jak afrodyzjak. Zapraszali, żebyśmy zostali dłużej, ale cóż, trzeba było jechać.

bottarga z tuńczyka

Ruszyliśmy dalej na północ wzdłuż zachodniego wybrzeża, bardzo chcieliśmy zdążyć przed zachodem słońca na wydmy Is Piscinas, niestety dojechaliśmy po ciemku, ostatni etap drogi tam to właściwie bezdroża, jedzie się między jakimiś ruinami, klimaty jak z horroru... Pozostało nam jeszcze dojechać do miasteczka Guspini, trochę wgłęb lądu, gdzie mieliśmy kolejny darmowy nocleg, tym razem z couchsurfingu. Spaliśmy w najstarszej części miasteczka, wejście na podwórko domu naszego gospodarza było jak z bajki...










DZIEŃ 4 – palmowe aleje, antyczne miasto, joga na kwarcowej plaży i kocia plaża bez kotów

Rankiem wyszliśmy z domu, wrzuciliśmy klucz w umówione miejsce, bo nasz gospodarz wyszedł wcześniej do pracy i weszliśmy do baru w miasteczku na kawę i cornetto. Miły pan z baru powiedział nam, że  koniecznie trzeba zobaczyć w Guspini Basalti Colonnari – jakiś fenomen geologiczny. To według opisu „ geologiczny spektakl ze skałami wulkanicznymi i bazaltowymi w roli głównej, w formie kościelnych organów”. Więc  podjechaliśmy na wzgórze za miastem, piękny widok na okolicę, zagajniki fichidindii, czyli opuncji figowych i sterczące z ziemi dziwne, wysokie skały. Następnie ruszyliśmy dalej na północ wzdłuż zachodniego wybrzeża na półwysep Sinis. Tam czekały na nas przepiękne aleje obsadzone palmami, czuliśmy się na nich jak w Las Vegas. Zwiedziliśmy bardzo ciekawe ruiny antycznego miasta Tharros, założonego przez Kartagińczyków, kiedy kręciliśmy tam nagrania na vloga, miła pani kasjerka spytała, czemu nie powiedziałam, ze jestem dziennikarką ( nie jestem, ale chętnie zostanę...) i zwróciła nam 10 euro za bilety.
ruiny antycznego miasta Tharros na półwyspie Sinis

Potem relaks na ślicznej kwarcowej plaży Is Arutas, rzeczywiście pokrytej ziarenkami kwarcu. Zrobiło się tak ciepło, ze  zdjęliśmy buty i połaziliśmy po morzu. Starczyło tez czasu na kilka asan jogi na pięknych skałach. 
kwarcowa plaża Is Arutas







hiszpańska wieża obronna na cyplu Capo Mannu
Następnie widokowy cypel na południowym krańcu półwyspu Sinis – Capo Mannu z ładną hiszpańską wieżą ( sieć takich wież oplata całą Sardynię dookoła). Na koniec na półwyspie Sinis zajechaliśmy na słynną „kocia Plażę” – Su Pallosu, żyje przy niej duża kolonia dzikich kotów, niestety nas powitał tam tylko jeden przedstawiciel kolonii, powiedział, że reszta kotów poza sezonem wypoczywa w kocim kurorcie, zjadł nam trochę sera i odszedł, mrucząc na pożegnanie. 





Su Pallosu - kocia plaża

My natomiast pojechaliśmy dalej na północ wzdłuż zachodniego wybrzeża  ( tak, tak – jeszcze się nie skończyło..), mały przystanek przy ładnym skalnym łuku – S’archittu, potem dojazd bezdrożem i dojście pieszo przez krzaki do wodospadu – Cascada Cabo Nieddu, niestety wyschnięta L - na Sardynii bardzo mało pada już od dawna, są poważne kłopoty z wodą. 



































stare kamieniczki w Cuglieri, dużo z nich na sprzedaż...
Tej nocy mieliśmy jedyny podczas tej podróży płatny nocleg – w bardzo miłym B&B w Cuglieri u wytwornej pani Angeli, wieczorem spacer po starówce pełnej rozpadających się ruin, klimaty ghost towns, rano śniadanie w eleganckim salonie pani Angeli ze stara włoską muzyką, czarno-białymi  bardzo starymi rodzinnymi fotografiami i pięknym gramofonem. Oczywiście pani Angela opowiedziała nam o swoim życiu, bo tak się tam robi i już.







DZIEŃ 5 – święta studnia, dzikie termy, domy wróżek i sardyński karnawał

pozzo di sSanta Cristina
Niełatwo mi opisywać ten dzień, był wspaniały, ale prawdopodobnie straciliśmy niemal wszystkie zdjęcia i nagrania z niego, buuuu.... L w każdym razie rano pomedytowaliśmy przy magicznym Pozzo di Santa Cristina – to jedna z ok. 50 świętych studni, mają ok. 5-6 tysięcy lat, to prehistoryczne miejsca kultu i uzdrowiska, badania potwierdzają, że  energia ziemi jest tam bardzo wysoka i ma właściwości uzdrawiające. 

styczniowy poranek w dzikich termach
domy wróżej w Su Prunittu
O wiele zdrowsi niż wcześniej, pojechaliśmy dalej, żeby jeszcze bardziej się podleczyć w rzymskich termach w Fordongianus. Oczywiście w tych dzikich, za darmo, bo tak lubimy najbardziej. Miejsce niesamowite, relaks nie do opisania. 

Następny przystanek tego dnia to necropoli Su Prunittu – kompleks ok. 20 domów wróżek – domus de Janas. To grobowce sprzed ok. 5 tysięcy lat wykute w skałach. Urządziliśmy sobie lunch na werandzie jednego z domów wróżek, proszą wcześniej grzecznie gospodynie o pozwolenie, bowiem według sardyńskich legend, wróżki z domus de janas nie zawsze są życzliwe..

lunch na werandzie przed domem wróżki
 Droga dalej prowadziła przez największe sardyńskie jezioro Lago Omodeo, i wiodła do miasteczka Macomer, gdzie czekał na nas nasz gospodarz z couchsurfingu ( portal zrzeszający podróżników i osoby goszczące ich u siebie w domach) . Federico okazał się wspaniałym, bardzo sympatycznym gospodarzem, oprowadził nas po miasteczku, przenocował nas w swojej sali bilardowej ( bo akurat nie mógł inaczej, ale było świetnie) obserwowaliśmy razem obchody karnawałowe, barwne i trochę straszne pokazy grup przebierańców z kilku miasteczek, sugestywne maski, tańce, muzyka, dużo dzikości – wspaniałe przeżycie! 



Donna Zenobia - tradycyjny strój karnawałowy  z Macomer


karnawał w Macomer
Do Macomer zjechały tego dnia tłumy ludzi. Tak, to był niesamowity dzień i nie pytajcie mnie o więcej zdjęć, bo się zaraz rozpłaczę, hmmm, a może to jednak ta wróżka z domus de Janas obraziła się o piknik na jej werandzie...

DZIEŃ 6 – w krainie sardyńskiej poezji, sera, w poszukiwaniu straconej nuragi, zameczek na wysokiej górze i sardyńskie nietoperze

Luca kroi ser, któray dojrzewał 2 lata
Rano ostatniego dnia naszej objazdówki Federico odczytał nam z murala na Sarym Miescie poemat lokalnego poety w dialekcie sardyńskim, tłumacząc go na włoski, ja tłumaczyłam go Krzysiowi na polski, a Krzyś powtarzał go po śląsku – było uroczo, międzyjęzykowo i wzniośle. Potem Federico zaprosił nas do domowej wytwórni sera swojego przyjaciela Luca. To byo bardzo ciekawe, bo sery kocham, ale niewiele wiem o ich wytwarzaniu. Luca to pasjonata i eksperymentator, jego sery są bardzo eko i bardzo pyszne.

 Pogawędziliśmy także o słynnym casu marzu – serze z larwami much. Kupiliśmy od niego 2 sery ( bez  larw), dostaliśmy w prezencie butelkę domowej oliwy i pojechaliśmy zobaczyć jedną z najładniejszych sardyńskich nurag – Nuraghe Santa Barbara
Nuraga Santa Barbara

Miało być 7 minut jazdy z miasteczka, ale GPS oszalał, krążyliśmy i krążyliśmy i w końcu po 1,5 godzinie dojechaliśmy, niesamowite prawda? Nuraga jest piękna i bardzo ciekawa. Obok pasą się krowy i konie i widać z niej ładnie całe Macomer zbudowane na płaskowyżu. Następnie ruszyliśmy na wschód, w stronę najwyższych gór Sardynii – Gennargentu. Widoki wspaniałe, dużo zakrętów, śliczne zagubione w górach miasteczka, np. Lanusei. Już po drugiej, wschodniej stronie Sardynii  zjechaliśmy z głównej drogi do malutkiej miejscowości Quirru, zostawiliśmy auto na placyku i wspięliśmy się na wysoka górę, na której stoją ruiny zameczku z XIII wieku – Castello di Quirru. Ludzie, którzy chodzą po górach, na pytanie „ po co się tak męczyć? „ , często odpowiadają – „ bo z góry wszystko wygląda inaczej” i zameczek Quirru jest właśnie takim miejscem. 
zamek Castello di Quirra

Zrobił się już wieczór, mieliśmy jeszcze odwiedzić pewną dziką plażę, ale będzie musiała zaczekać. Trzeba było dojechać na godz. 19 do Costa Rei, gdzie mieliśmy przenocować w domu znajomych. Ostrzegali, że dom od dawna niezamieszkany... Weszliśmy i na nasze powitanie wyleciały z łazienki pipistrelli czyli nietoperze, w domu było sporo śladów ich bytności, ale darowanemu koniowi itd..., więc przenocowaliśmy spokojnie. 

DZIEŃ 7 - plaża z bajki, wino z beczki i ravioli z ricottą

Rano za to zjedliśmy śniadanie na tarasie z oszałamiającym widokiem na morze, w pełnym słońcu, bo to wschodnie wybrzeże i słońce wschodzi znad morza. Pojechaliśmy na słynną plaże Scoglio di Peppino i przyznaje, że ma prawo do sławy, to bajkowe, śliczne miejsce – kreatywna wariacja na temat szmaragdowego morza, różnokolorowych skał i drobnego piasku, ach! Krzys tak się zachwycił, że az stanął na głowie...
scoglio di peppino na Costa Rei

Po południu byliśmy umówieni z naszym wielkim przyjacielem Lucio, który prócz, tego, że przenocował nas na tę ostatnia noc tej podróży, to jeszcze zaprosił do winnicy swojego znajomego – pana Feruccio Deiana. Winnica była wspaniała, nowoczesna, sala degustacyjna to właściwie wielkie muzeum wina, podziemna sala z beczkami jak z bajki, no a wina, podawane przez samego gospodarza winnicy, jak to sardyńskie wina – „ doskonałe, intensywny aromat, finisz z lekką nutą waniliową,  elegancko wytrawne, dobrze zbudowane i harmonijne, z doskonałą równowagą i wyraźnymi cechami odmiany. W smaku czuje się mineralność skały. Jest ono bardzo świeże, z dobrą kwasowością, szczodre, pełne przyjemnego ciepła alkoholu, smaczne i treściwe” –skorzystałam z gotowego opisu, ale czy nie brzmi cudownie? ;) 


winnica Feruccio Deiana

Wyjechaliśmy z winnicy bardzo weseli i w doskonałych humorach i z kartonem wina podarowanym przez gospodarza, w  domu Lucio i Simonetty ugoszczono nas pyszną kolacją – ręcznie lepione ravioli z ricottą i skórka pomarańczową, domowe nalewki i rozmowy z przyjaciółmi. Niestety nie za długie, bo trzeba było jeszcze posprzątać i umyć auto przed oddaniem do wypożyczalni i spakować się na lot powrotny.




DZIEŃ 8 – powrót do Polski porannym lotem

co by tu zaplanowac na następny raz na Sardynii...? hmmm... na pewno w najbliższych planach przejażdżka Trenino Verde - zabytkową Zieloną Ciuchcią, kolejna ferrata, tym razem w Iglesias, wyprawa motorem na panoramiczne drogi, nocleg na dzikiej plaży...


3 komentarze:

  1. Świetna inspiracja na wyjazd poza sezonem! Dziękuję bardzo :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzień dobry,
    Bardzo dużo fajnych miejscówek i inspiracji. Pozwolę sobie skorzystać :)
    A czy mogę prosic o namiary na lokalne wypozyczalnie samochodów, z których Państwo korzystali. Z góry bardzo dziękuję. agajurzak@gmail.com

    OdpowiedzUsuń